Tag

proza

Kalkuluję, ile czasu zajmie droga na dworzec, powrót do domu, włączenie komputera (z laptopa stał się stacjonarny, #boli) i skasowanie kompletnie wszystko – począwszy oczywiście od wszystkich blogów, jakie kiedykolwiek założyłam (a było tego więcej niż w chuj), zakończywszy na wszystkich możliwych profilówkach (których też było sporo, jeśli nie więcej od owych blogasków).

co za obciach/co za obciach/co za obciach/co za obciach/co ja sobie…

A najśmieszniejsze w tej tragikomedii jest to, że najpierw powinnam zapytać „KTÓREGO mojego bloga” czytałaś. Bo one mi jakoś tak pączkują, ja je kasuje, zakładam, kasuje, zrywam definitywnie, kocham od nowa. Wiem, że to dziecinne, że to idealny przykład labilności emocjonalnej – a może labilności blogowej; może nawet takie pojęcie już istnieje, nie jestem na bieżąco w trendach, sic.

Lubię słowa. Te, które można zestawiać dowolnie, nie określać ale malować nimi. A Ty rozumiesz bądź nie rozumiesz, kompletnie nie rozumiem tej formy terapii w pisaniu. A jednak, jeśli nie piszę, gromadzi się we mnie jakiś brud, zaczynają się zacieki w głowie i na rękach, na dłoniach łuszczy się skóra. Odpala. Warstwami.

Odpadam. Warstwami.

Dlatego systematycznie, mniej lub więcej, muszę wylewać, wyskubywać, wymalowywać na coś innego niż moja głowa. Czasami wystarczy, że napiszę, czasami muszę opublikować. I nie wiem już wtedy, co jest bardziej chore. Stłamszone. Niewymuszone. Białe. Czarne. Ciemny fiolet.

Ciemny fiolet na moich ramionach, tam były Twoje. Pocałunki, rysunki, nadzieje. A może to ja, może ukradłam to z jakiegoś filmu, dopisałam na marginesach tego, co nas już nie spotka. Cokolwiek nas spotkało, było umówione o wpół do mojej dorosłości.

Myślałam, że jestem dobra w pisaniu o brzydkich rzeczach, smutnych skutkach, codziennych tragediach. Ale to gówno prawda. Trzymam się ciebie, z ciebie zrobiłam motyw, puentę i każdy akapit. Utkałam tysiące zdań, zasmarowałam nadgarstki. A przecież jesteś tylko połową ćwiartki. O wiele smutniejsze, o wiele brzydsze rzeczy w życiu miałam przy sobie, na sobie, w sobie. O wiele obrzydliwsze.

A może przesadzam?

Jesteś kolejnym nieudanym rozdziałem. Akcja się nie kręci, nie ciekawi, nie wzbudza niczego oprócz znużenia. Narrator się pogubił, już nie wie co wie, a czego nie wie. Składu i łamania nie będzie. Pani korektorka nie zjawiła się w pracy. Nie ma rozdziału, który by się nie kończył, więc przykro mi. Nawet ty już nie jesteś tragiczny, jesteś głupi.
Nie. Nie jest mi przykro. Jest mi już niebezpiecznie obojętnie. Nie jestem z Tobą bezpieczna, wiem, że nigdy nie byłam. Ale wiara czyni cuda, więc sama o siebie dbałam i przypisywałam to Tobie

A gdybym nie mogłam już nigdy w życiu napisać ani słowa?

Wiesz, że docenia się wtedy, gdy stracisz. Głównie dlatego, że wiele rzeczy jest niewidzialnych – możliwość pisania jest niewidzialna. Wylewanie z głowy szmalu jest tak naturalne, że przy żadnym rzucie oka tego nie widać. Robisz to i robisz, w koło i w koło. Męczysz się, odpoczywasz, piszesz znów. Dopiero, gdy widzisz te białe plamy, gdzie coś powinno być, a tego nie ma – rozumiesz, że nie ma. Dopiero wtedy czujesz, że powietrze zrobiło się rzadsze. Zostają ślady. Jak po podniesionym kamieniu, jak po ramiączku od biustonosza na opalonej skórze, jak po jego kubku, który już nie wisi na stojaku.

Wtedy możesz zauważyć, bo wtedy nareszcie widać. Widać, że niczego nie widać.

A gdybym nie mogła już nigdy od Ciebie odejść?

Gdyby się okazało, że już wyczerpałam limit gigabajtów odejść i rozstań, gdyby ktoś zamknął bramę w której wciąż stoję? Wchodzę, wychodzę. Aż ktoś by mnie zamknął za ogrodzeniem. Chociaż przecież ja nie odchodzę. Ja wciąż czekam, łapię się Twoich smutków i tonów w głosie. To on zostawia mnie. Zostawił mnie dawno. A ja biegnę za nim, niby tyłem, niby wcale. Ale biegnę. Za nim.

A gdyby ktoś zagrodził mi drogę i już nigdy nie pozwolił zawrócić?

źródło zdjęcia

Inline
Inline