Tag

dzienniki

Niepokój mi się rozsiał pod skórą. Co mam zrobić z tymi wszystkimi godzinami, które się na mnie wylewają i żądają, by czymś je uzupełnić? Nie upycham sobie policzków pozorami. Wiosenne słońce razi mnie w oczy i z żalem zaciągam rolety. Nie chcę Cię dziś, świecie.

Nie chcę samej siebie dziś nosić i znosić, ale nie mogę przecież wyjść i trzasnąć drzwiami. Tak jak Ty, ty mogłeś, kiedy już mnie nie chciałeś. I spokojnie, nie jest mi smutno. Chciałabym po prostu pójść w Twoje ślady.

Wciąż mam je chyba na szyi.

Jestem rozedrgana. Jakby ktoś we mnie grał staccato, urywał po kawałku każdą moją chęć i próbę. Jestem coraz, co-raz, c-o-r-a-z bardziej rozdrobniona. Myśli rwą mi się jak papier, myślę więc tylko powierzchownie, nie chcę myśleć dokładnie.

Robię sobie opatrunek z nieposłanego łóżka, obtaczam się w ciszy jak jeszcze ciepły pączek w cukrze pudrze. Też chciałabym mieć w sobie jakąś słodycz. Ale słodycze przychodzą do mnie same, wciskają się pod kołdrę, całują w oba policzki i przypominają mi o śniadaniu. A ja przypominam sobie, ile w życiu mam miłości. I wtedy znika niepokój, godziny wypełniają się planami, podciągam rolety.

No to chodź tu, świecie.

Wiosna szczypie mnie w oczy. Grzebię w stercie zimowych rozczarowań i lęków, postanawiam zapakować je w worki i wystawić przed dom. Nie wierzę w nowe początki z zieloną trawą, wolę dowolne momenty w środku tygodnia. Każdy moment jest dobry, aby… – kojarzycie. Ty mnie już prawie nie kojarzysz, ja nie kojarzę dlaczego. Nie pamiętam o co nam poszło, ale wiem, że już nie pójdziemy dalej.

Dalej idę sama.

Teraźniejszość rozwieszam jak pranie, wciąż jest mokra od niepowodzeń i smutków. Wysycha od miłości i kolejnych prób, zbieram ją i wkładam do głowy. Mimo wszystko jest miła w dotyku, pachnąca słońcem i stokrotkami.

Znów dostaję stokrotki. Małe, brudne rączki przynoszą mi je w wiaderkach i układają na piaskowych babkach. Już nie pamiętam jak to jest dostać róże. Chyba już bym nie chciała. Zbyt dobrze pamiętam z jakich powodów je przynosiłeś. Nie chcę tych powodów, ale i tak zaczepiam się o Ciebie myślami.

Znów trochę choruję, codziennie rano powtarzam sobie co jest prawdą, a co jest objawem. Przeczekuję, przeczekuję, przeczekuję. Skóra przypomina mi o sobie, więc z pokorą żegnam się z próżnością, witam siebie bez makijażu i z popsutymi paznokciami. Wyciągam z szafy conversy i znów za dużo czytam, jakby to mogło wymazać historie, które naprawdę się wydarzyły. Jakby to mogło zastąpić ludzi, których już nie ma.

O ludzi staram się dbać. Te wszystkie lajki, followersi, filmy i seriale, te wszystkie zbieracze kurzu, najnowsze smatfony, ładne instagramy, najki i inne -ki są gówno warte bez ważnych ludzi. To takie łatwe im o tym mówić – że są ważni. Więc to robię. Z lekkim sercem i szumem w głowie zasypiam nad ranem chyba szczęśliwa.

Uczę się bycia szczęśliwą tak, jak mój syn uczy się jazdy na rowerze. Powoli i dzięki upadkom. Tylko czy jeśli raz się nauczę – bycia szczęśliwą – będę pamiętać to całe życie? Nie wiem, ale próbuję. Piszę testy o niczym, palę fajki, pakuję szmacianą torebkę na plac zabaw i wychodzę. To takie proste.

 

Inline
Inline