Pokocham Cię, jeśli będziesz grzeczny

Najczęstszym zwrotem, który wypowiadam do swojego syna, zaraz po „Nie wolno” i „Przestań”, jest „i tak Cię kocham”.

Kiedy brudzi mi ściany plakatówkami, kiedy ucieka mi z placu zabaw, kiedy nazywa mnie „głupią mamą”, w końcu – kiedy sadzam go do kąta, a on żałośnie zawodzi, mówię: „jestem na Ciebie zła, ale i tak Cię kocham”.

Panicznie boję się tego, że nauczę go miłości warunkowej. A przecież właśnie to sama sobie robię codziennie. Nieustannie jestem na warunkowym.

Na początku miałam żal o moje dzieciństwo i dorastanie, bo ewidentnie ktoś spaprał robotę. Bo może gdzieś po drodze spaprałam ją sama. I że to już tak definitywnie, nieodwracalnie, amen. Dlatego to rozkminiałam – przy okazji obsesji dobrych ocen – nie chcecie wiedzieć, jak czułam się przy pierwszych w życiu trójach i dwójach w liceum. Siedziałam i ryczałam, a dziewczyny próbowały mi wytłumaczyć, że to, jaką mam średnią nie określa mnie jako osoby. Brzmi śmiesznie? Dziś takie jest, wiem – ale wtedy nie było.

Wiele rzeczy sobie wytłumaczyłam i zrozumiałam, ale poznawanie samej siebie to żmudny proces. Rozkładasz i składasz się wciąż od nowa, pytasz i nie znajdujesz odpowiedzi, szukasz po omacku, gubisz się w niewiadomych. Ale i tak nigdy nie masz dosyć.

Aż któregoś dnia, gdy rano pijesz kawę, któregoś wieczoru, gdy znów sama ze sobą oglądasz seriale, gdy nie masz już co sprzątać i co ze sobą zrobić – przychodzi „TO”. I bynajmniej nie jest to TO Kinga, to jest TO Twoje. Znajdujesz coś, co w końcu pasuje. Coś, co odpowiada na Twoje pytanie, znajdujesz wyjaśnienie. To prawie jak orgazm, serio. Otwiera się jakaś klapka w głowie. Dociera do Ciebie, że X może być wynikiem Y. Nagle coś widzisz, nagle spada z tego kurtyna, rozjaśnia się.

Stawiam sobie warunki. Jeśli X, to Y. Jeśli schudnę, to może polubię swoje odbicie w lustrze. Jeśli zdam to na piątkę, to przyznam, że jestem inteligencja. Jeśli będę wystarczająco zorganizowana, miła, pracowita, ładna… to będę z samą sobą szczęśliwa. Jeśli wyleczę trądzik, będę siebie lubić. Wyleczyłam. Jeśli usunę blizny… myślicie, że po usunięciu blizn będę sie czuła ładna? Nie.

Jeśli nawpierdalam się przed snem frytek, to rano szczerze siebie samej nie znoszę. Jeśli rzucę w cholerę kolejny projekt, to przez kilka dni nie mogę na siebie patrzeć. Wszyscy tak mamy, nie? Ale nie w takim stopniu i (na szczęście – nie życzę) w takiej ilości. Bo ja nigdy nie jestem wystarczająco dobra dla samej siebie. Nie spełniam warunków – źle mi ze sobą. Więc próbuję sprostać. Tylko, że to jak z potrzebami neurotycznymi, o których pisała Horney – nigdy nie zostaną zaspokojone. A ja nigdy nie spełnię wszystkich swoich warunków, bo po każdym odhaczonym pojawia się kolejny. Bez końca.

Trzeba Warto siebie kochać i szanować bez względu na okoliczności, bez względu na porażki (nawet te przez duże „P”) – nie udało Ci się, znów schrzaniłaś, twoja wina, smutno Ci – ale to nie może chwiać Twoim poczuciem własnej wartości. Inaczej, mówiąc w wielkim skrócie – jesteś w dupie z życiem. Ja byłam z życiem w de bardzo długo. Wiecie kto dziś uczy mnie tego, czego nie umiałam przez całe życie? Kto codziennie uczy mnie bezwarunkowej miłości? Trzylatek. Dlatego chcę Ci coś powiedzieć:

Nie stawiaj sobie warunków tak, jak robię to ja. I nie stawiaj warunków swojemu dziecku. Serio. Bo to okropne.

Dlatego uczę mojego syna bezwarunkowej miłości – kocham Cię pomimo XYZ, bez względu na to, co zrobiłeś, co wybierałeś, co zdecydowałeś. Tak, jestem na Ciebie zła, tak jestem wkurwiona, tak nie podoba mi się ta wysypana mąka i okulary przeciwsłoneczne w muszli klozetowej – ale to nie zmienia mojego uczucia do Ciebie. Nie musisz zasługiwać na moją miłość.

To takie łatwe, powiedzieć to, pokazać – więc nie stawiajmy naszym dzieciom tych cholernych wymagań, które muszą spełnić, żebyśmy byli z nich zadowoleni. One nie muszą zasługiwać na naszą miłość. Powinniśmy być z nich dumni po prostu dlatego, że istnieją. 

źródło zdjęcia.
źródło zdjęcia.
zdjęcie Annie Spratt on Unsplash

Podobne posty:

Inline
Inline