Po co ten blog?

Kalkuluję, ile czasu zajmie droga na dworzec, powrót do domu, włączenie komputera (z laptopa stał się stacjonarny, #boli) i skasowanie kompletnie wszystko – począwszy oczywiście od wszystkich blogów, jakie kiedykolwiek założyłam (a było tego więcej niż w chuj), zakończywszy na wszystkich możliwych profilówkach (których też było sporo, jeśli nie więcej od owych blogasków).

co za obciach/co za obciach/co za obciach/co za obciach/co ja sobie…

A najśmieszniejsze w tej tragikomedii jest to, że najpierw powinnam zapytać „KTÓREGO mojego bloga” czytałaś. Bo one mi jakoś tak pączkują, ja je kasuje, zakładam, kasuje, zrywam definitywnie, kocham od nowa. Wiem, że to dziecinne, że to idealny przykład labilności emocjonalnej – a może labilności blogowej; może nawet takie pojęcie już istnieje, nie jestem na bieżąco w trendach, sic.

Ale hej, mam tu czysty przypadek tego zjawiska, bierzcie i patrzcie jak się miotach złapana w sieć, którą sama uplekłam.

Oczywiście, że skoro tak lubię „blogować”, to mogę pisać jakiegoś cywilizowanego bloga, np.

  • książkowego – używając wciąż tych samych zwrotów i budowy (serio, sprawdziłam), by przeczytać: „O, fajna książka, może przeczytam”. Mogę udawać krytyka literackiego chociaż nie przeczytałam Dziadów, Krzyżaków, Wesela, i tego wszystkiego, czego nawet tytułów nie kojarzę (łatwiej byłoby mi wymienić to, do czego zajrzałam). Mogę, bo dużo tego analizuję – czytam – analizuję – czytam – zatrzymuję się. Ale robię to z powodów czysto egoistycznych – by nauczyć się więcej o tekście, amatorsko. Dla siebie i intuicyjnie.
  • ala’psychologicznego – gdzie będę udać mądrzejszą niż jestem na II roku psychologii.
  • motywacyjno-lifestylowego – chociaż czasami moim największym osiągnięciem jest zrobienie mejkapu. Chodzę w rozciągniętych legginsach i mam brzydki kubek do kawy – ale przecież mogę poudawać laskę, której w życiu się wiedzie, nie?
  • urodowego… dobra, przesadziłam, nawet ja mam jakieś granice dobrego smaku,
  • w każdym razie – i innego ‘owego – teraz wyleciało mi z głowy, wybaczcie. Swoją drogą, pisałam już naprawdę o wielu rzeczach.

Ale ja tak naprawdę nie lubię blogować – nie lubię tego szumu, tych flatlay’ów na instagramie, tego działania w social mediach (czego nie robie regularnie, a więc krzyżyk mi), nie zastanawiam się nad marką, nie planuję tak, jak na blogera przystało. Czuję się z tym tak, jakbym wykupiła sobie na 10 minut wielki bukiet róż (autentyk), że zrobić sobie fotkę na instagrama 14 lutego – to nie ja.

Nawet, jeśli napiszę kilka takich tekstów, jak poradniki, „recenzje”, miłe lifestyle’e (kiedyś na zlecenie napisałam 300 pytań do quizu o Warszawie, serio – więc naprawdę można pisać o wszystkim) to po chwili mam wrażenie, że tracę swoje życie na produkowanie czegoś, co w razie wu mogę sobie wsadzić w tyłek.

Ja te teksty czytam tylko przed publikacją, później już zwyczajnie mi się nie chcę, bo nawet mnie nudzą. Czy jeśli za rok odwrócę się za siebie i spojrzę na to, co pisałam, będę z siebie zadowolona, dumna, spełniona? Czy będę czuła, że zapisałam COŚ WAŻNEGO (nawet jeśli było malutkie „coś ważnego”)?Nie. Nie z recenzji, nie z poradników, nie z tekstów, których pisanie męczy mi nawet cebulki włosów.

Lubię czytać swoje pamiętniki i „wiersze” (to złe słowo, powinna istnieć alternatywna nazwa dla amatorów – prawie-wiersze, jakby-wiersze?) po kilku tygodniach, miesiącach czy latach. Ale ja tego prawie nie mam, bo to niszczę.

Bo siadam w autobus, wracam do domu, odpalam kompa i kasuję do ostatniej litery, do ostatniego przecinka. Kiedyś robiłam tak z zeszytami, które wiecznie gdzieś zostawiałam i czytała je rodzina (nawiasem, o-kro-pień-stwo) – może to stąd?

Więc próbuję znów układać obraz, w ramy którego będę mogłam siebie samą wsadzić. Żeby się jakoś realizować (choć odrobinę) w pisaniu, bo to mobilizuję – choćby do tego, żeby nie robić ortografów. A to też pisanie, co nie? Ale nie moje. Nie po mojemu. A tego „mojego” nie umiem wyjaśnić i ludzie często tego nie rozumieją. Tylko, że nie tylko jak tam mam. Ostatnio znalazłam chyba nawet nazwę tego, co często piszę  – proza poetycka.

Proza poetycka – rodzaj prozy, która obejmuje utwory o charakterze refleksyjnym, liryczno-opisowym. Utwory te są bogate w metafory, wyszukane słownictwo oraz są wyraźnie zrytmizowane nacechowane powtórzeniami, paralelizmami.”

źródło – kochana Wiki.

Nie wiem, czy to co piszę jest prozą poetycką, ale nawet jeśli – kto dziś pisze takie rzeczy? Nie wiem, może całkiem sporo osób. Ale kto to publikuje? Bo po co? Dlaczego takich blogów nie widać?

Bo dzisiaj trzeba być przydatnym. A jaką to ma przydatność? Żadnej namacalnej, praktycznej. Dzisiaj musisz się opłacać, albo np. być ekspertem (nawet jeśli tylko z nazwy).

Potrafię to docenić tylko, jeśli wyobrażę sobie, że już nigdy nie mogłabym napisać ani słowa. – w tym wpisie próbowałam o tym opowiedzieć. Sama tego nie rozumiem. Jedni biegają, inni robią snapy, ja piszę. I tak sobie myślę, kiedy już pozbieram szczękę z podłogi, gdy ktoś znów mi mówi „czytam Twojego bloga”, że:

W czasach sióstr Godlewskich kilka tekstów nie może być aż takim obciachem, żeby trzęść gadkami i się wstydzić,

tak sobie myślę. Po za tym ludzie z mojego otoczenia mają wiele innych kwestii na mój temat, które mogliby omawiać  po wyjściu z kościoła albo przy zakupach w Stokrotce (tak, Stoktotka z dużej, kościół z małej). Więc dlaczego tak się przejmuję? Freud miałby co rozkminiać, ja też mam. 

Na tę chwilę wiem, że pozbieranie wszystkiego w jedno miejsce, ulepienie jakiejś całości – to naprawdę świetne uczucie i daje mi frajdę. Mieć swoje pisanie zapakowane w ładny sposób, nadawać mu w ten sposób większego znaczenia.

Więc wychodzi na to, że… do następnego przeczytania!

 

 

 

 

zdjęcie i 2

 

Podobne posty:

Inline
Inline