Melodia spadania, część pierwsza

 

1.

Nie mogę otworzyć oczu. Podejrzewam, że ktoś położył mi kamienie na powiekach. Mam niejasne przeczucie, że gdy je dźwignę, stanie się coś przeraźliwie złego. Sprawa z rękami ma się podobnie. Jakby tam też był kamień, tylko trochę większy, cięższy. Po chwili już wiem, że kamieni jest co najmniej cztery, na każdej z moich kończyn.

Niedobrze. Spierdoliłam robotę.

Zostały mi uszy i zanim moja panika na dobre się rozsieje, z ulgą stwierdzam, że słyszę. Cisza, cisza, klap, klap, klap. Ktoś chodzi po twardej podłodze, bardzo możliwe, że w twardych, wysokich butach. Coś buczy, jak na łące, tylko bardziej miarowo i jednostajnie. Nienaturalne.

Próbuję jeszcze raz otworzyć oczy. Do góry, do góry, do góry. Dostrzegam teraz, że ręce i nogi mam unieruchomione. Nie mogę podnieść ręki na więcej niż kilka centymetrów. Czuję, że bolą mnie wszystkie mięśnie – jak po porządnym treningu; a więc dałam im popalić. Boże.

Zapadam się głębiej w łóżko i myślę, że to tylko sen. Zamykam i otwieram oczy, wciąż są nienaoliwione, z trudem przychodzi mi oprzeć się pragnieniu, by je zamknąć. Ale nie mogę, muszę zadzwonić i odwołać, wytłumaczyć, naprawić.

A później znów zapadam się w coś miękkiego i ciepłego; w sen bez snów.

2.

Przy moim łóżku stoi jakaś kobieta i na coś czeka; odczytuje to z postawy jej ciała. Ma duże, masywne ramiona, teraz założone, pulchny nos i małe, wścibskie oczy. Przysłaniają je okulary na sznureczku i za długa grzywka. Biały fartuch opina ją aż za kolano, guziki niebezpiecznie rozeszły się w okolicach biustu i myślę, że wystarczyłby jej jeszcze jeden głębszy wdech i guziki odskoczą od niej jak konfetti. Błądzę po niej wzrokiem, próbuję ją zrozumieć.

Ale nie mogę rozdzielić jej słów, są bezkształtną masą, bez początku i końca, nie tworzą logicznego ciągu. Mówi coś, znów, jej twarz tężeje, a ja coraz rozpaczliwiej próbuję zmusić mój mózg do działania. Na próżno. Nie wiem czego chce ode mnie ta gruba kobieta.

Zmierza do drzwi. Widzę jak klamka na białych drzwiach drga nerwowo i po chwili nieruchomieje. Próbuję odczytać napis, który widnieje na szybie; czytanie jest jednak jeszcze trudniejsze niż słuchanie. Czy ja się popsułam na dobre?
Po chwili drzwi otwierają się znów. Najpierw widzę tylko znajomą bluzę, zieloną, z obrazkiem diabła tasmańskiego z kreskówki. Jeansy, wyblakłe i najwidoczniej jeszcze sztywne po praniu zginają się w rytm jego kroków. W końcu znajduję jego twarz. To naprawdę on.

Nie patrzy mi w oczy, widzę, jak zahacza swój wzrok na czymś obok mnie. Wtedy i ja tam patrzę; ze zdziwieniem odkrywam, że jestem przyczepiona do woreczka z żółtym płynem. Czuję nadchodzące mdłości, gdy uświadamiam sobie co to najprawdopodobniej jest.

Wtedy też dostrzegam kolorowe nalepki, które mam na piersi; niebieskie i czerwone. Nadmiar informacji nagle odbiera mi siły. Nasze oczy się spotykają, ale to ja pierwsza uciekam wzrokiem. Z niepokojem stwierdzam, że ma zaciśniętą szczękę i otworzone szeroko oczy. Jest zły. Jest bardzo zły. Mimowolnie kurczę się w sobie.

Stoi z założonymi rękami. Skupiam każdą komórkę mojego ciała, by usłyszeć i zrozumieć co powie. Ale on nic nie mówi, tylko patrzy. To na mnie, to na cewnik, który zwisa z łóżka, to na nalepki. Majaczy wzrokiem po moich rękach.

– Cześć. – mówię po raz pierwszy od wieków. Mój głos jest szorstki i matowy, sama go nie poznaje.

– Cześć Mała, – odpowiada po kilku sekundach. – nic mi nie powiesz?

Otwieram usta, ale nic się z nich nie wydobywa, jakbym stała się niemową. Pieprzoną, popsutą niemową. Chciałabym powiedzieć mu tak dużo, że nie wiem, od czego zacząć. Nie wiem jak mam zacząć skoro mój język przypomina zużyty papier ścierny.

Zaczyna się rozglądać, chyba szuka krzesła. Niech go znajdzie, niech go znajdzie, niech go znajdzie. Niech usiądzie i tu będzie. Długo. Niech będzie tu długo. Niech mnie teraz nie zostawia.

Ale on wychodzi.

Wraca z białym, szpitalnym taboretem. Siada na nim i chowa twarz w dłoniach, przecierami nimi po oczach, nosie i ustach. Później zaczyna strzelać kostkami w palcach.

– Przyjechałeś. – udaje mi się wykrztusić.

Chciałabym dopasować się do jego ramion i jego głowy. Powiedzieć to, co powinnam teraz powiedzieć. Ale nie mogę.

Mam w głowie wielką dziurę. To chyba pierwszy raz od dawna, gdy moje oczy są tak długo otwarte. Nie wiem od jak byłam nieprzytomna i to mnie martwi, wyczuwam coś złego w powietrzu, ale boję się zapytać. Boję się czegoś jeszcze, nie wiem czego, ale niepokój rośnie z każdą minutą ciszy między nami. Czuję, jak formuje się w kulę gdzieś w moim brzuchu. Próbuję odsunąć od siebie obrazy, które włażą mi do głowy przez skronie. Nie wiem co to, ale to coś bardzo, bardzo złego. Nie mogę tego wpuścić.

– Przyjechałem, przecież nie mogę Cię teraz zostawić.

Teraz. A więc teraz nie, ale może później już tak. Tak? O to chodzi?

– Nie musisz, jeśli nie chcesz… – zaczynam i słyszę, jakie to niedojrzałe.

– Nie chodzi o to, czego ja chcę. Czy Ty wiesz, co zrobiłaś? Co zrobiłaś mnie i sobie? – cedzi przez zęby – Twoja mama niedługo przyjedzie, dzwoniła, że czeka na autobus.

Mama. Boże, przecież ja mam matkę.

Widzę, że zbiera się do wyjścia. Wstaje, wsuwa taboret pod moje łóżko. Patrzy na mnie; nie wiem, jaki to wzrok, pogubiłam się.

– Pamiętasz tamten park? – pytam powoli.

Patrzy na mnie zdziwiony. Ma ziemistą, zmęczoną skórę. Przypominam sobie o jego pieprzyku w kształcie półksiężyca za uchem i wszystko, czego w tej chwili chcę to sprawdzić, czy wciąż tam jest. Czy to ten sam człowiek.

– Musisz odpocząć. –mówi – za kilka dni przewiozą Cię do innego szpitala.

Znów zaciska szczękę. A później widzę już tylko jego plecy i właśnie wtedy chcę zapytać. Ale nim przełknę ślinę i zwilże wargi, drzwi się zamykają i klamka znów nieruchomieje.

pół roku wcześniej

1.

Świta. Wyciągnęłam z paczki ostatniego papierosa. Otwieram szerzej okno i wyglądam na szare osiedle. Wdech, wydech. Powietrze nad ranem pachnie szczęściem. Czystym, zwyczajnym, niczym niezmąconym. Pachnie romantyczną codziennością, którą zapowiada. Takie zawsze mam wrażenie. Wrażenia są bardzo ważne, to one trzymają na smyczy dziesiątki tysięcy potencjalnych samobójców. Czy jestem samobójcą na smyczy?

Upajam się wrażeniem powietrza o świcie. To dla niego ściągam z siebie kołdrę w te dni. W te poranki. Ostatnio mam ich coraz więcej, tych dni, tych poranków, tych godzin i minut. Ciężkich jak ołów i nie do zniesienie, nie do przeczekania. Namnażają się w przerażającym tempie, pączkują i pączkują, aż nie mam ich już gdzie upychać, zajęły mi całą szafę i całą głowę. Żadnej wolnej przestrzeni i przeraźliwa pustka jednocześnie. To jak uciekanie od uciekania, bez sensu. Po za tym nie mam pieniędzy, to ostatni drink. I ostatni papieros. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego, Kama. Od teraz jesteś dorosła.

Czas wytrzeźwieć. Zacisnąć zęby i być szczęśliwym człowiekiem.

2.

Chyba nie wiem w co się ubrać. Chyba nie wiem, nie wiem, nie wiem co robię. Boże, przecież ja nigdy przedtem. Wdech, wydech. Drobnie kroki, każdy z nich stawiam z niepokojem. Mogę jeszcze wrócić, wyłączyć telefon, udać, że nie istnieje.

Tylko, że nie mam nic do stracenia.

Czuję wibrujący w kieszeni telefon. Próbuję iść choć trochę w ładny sposób, choć trochę sprawić wrażenie pewnej siebie. Oczywiście, to zupełna bzdura. Głupia dwunastolatka ze mnie. Chociaż dziś nawet dwunastolatki mają większe doświadczenie. Ale ja nie miałam kiedy go, kurwa, zdobyć, byłam zajęta umieraniem na samą siebie.

3.

Radość skapuje mi z rzęs, zachodzi pod paznokcie, pływa paprochem w kawie. Połykam je jak rutinoscorbin, wciekam w kark jak perfumy z Rossmana.

Kap.
Kap.
Kap

Boję się zasnąć, by nie spłoszyć zapachu naszego powietrza, muszę się go nawdychać na zapas. Jak to możliwe, że jest mi tak dobrze? Czy tak czują się inni, normalni ludzie?

Przysuwam się bliżej, o kilka milimetrów, o jedną gęsią skórkę więcej. Zamykam oczy, ale ciemność nie nadchodzi. Pastele rozmazują się pod zmęczonym powiekami, tworzą kolaże z myśli i wydarzeń. Zdejmujesz odciski ran z moich ud. Twoja ręka nie opuszcza mojej poduszki, najbardziej na świecie nie chcę, by opuściła. Moja skóra cierpnie od ciepła, dla odmiany smaruję ją bezpieczeństwem. Wpasowuję się w kształt Twoich ramion i jak na tych wszystkich filmach, które wyśmiewałam – chcę, żeby było tak już zawsze.

Ale nie będzie. I nie jest. Ostatni raz całujesz mnie w czoło i odchodzisz, a ja znów jestem kupką smutków i zbieraniną niepokojów.

4.

Dokładam różu na policzki i tuszu na rzęsy. Muszę być wyraźna, muszę być podobna do samej siebie, bo inaczej naprawdę się zgubię. A nie chcę się zgubić, bo nikt nie będzie mnie szukał. Izka puka trzy razy, jaka niepotrzebna konspira, mam chęć krzyknąć, dawno z tego wyrosłyśmy,  ale tylko otwieram drzwi i przepuszczam ją. Ostatni raz dotykam pędzlem prawego policzka i wchodzę za nią do kuchni. Jestem bezpieczna. Polewamy w specjalne kieliszki, to specjalne wino, na specjalny wieczór, który dziś ogarniamy. Trochę się boję, trochę nie chcę, ale przecież jestem z nią. Z nią jestem lepsza. Mniej jestem w swojej głowie, więcej mnie przy tym stole.

Usta barwią mi się na brudną czerwień, jestem taka spokojna, rozluźniona. Już nie muszę nigdzie jechać, już mogę być tylko tutaj, tylko kupmy jeszcze jedno. Nie marudź, dziś znajdziemy. Daj spokój. On tam będzie. Nie będzie go. W sumie nie wiem, ktoś przecież będzie, to nie musi być on. To nie musi być on, ma racje. Wycieram usta wierzchem dłoni, moje dłonie to katastrofa. Chciałabym mieć nadgarstki takie jak Izka, ale nie mówię jej tego, bo przestanie jeść cokolwiek. Dawno widziałam, żeby jadła cokolwiek. Ogórki przy wódce, jakoś zimą. Przydusiła nas wtedy bieda. Pamiętasz? Dobra, zbieram siły, się, wszystko. Najważniejsza jest ta cisza we mnie. Brudna czerwień ciszy. Uciszyło potwora we mnie. Chcę więcej.

Zasada numer jeden: nie rozdzielać się (chyba, że na wyraźną i dobrze wyartykułowaną prośbę). Zasada numer dwa: jedna przejmuje dowodzenie (i pilnuje naszego dziewictwa). Zasada numer trzy: zaczynasz rzygać – przestajesz pić. Bo nie, to wcale nie jest ze sobą jednoznaczne. Przynajmniej dla mnie.

Kiedyś poznałyśmy trzech śmiesznych gości. Gadaliśmy i piliśmy. Co jakiś czas ktoś wymiękał. Cuciliśmy. Wracał do stołu. Żadnych rąk między udami, żadnych rumieńców i niezręczności, żadnych durex’ów. Po prostu gadaliśmy o życiu i zapijaliśmy je. Bo wszyscy byliśmy samotni, choć każdy na inny sposób. Byłam lekka i spokojna. Po prostu spadaliśmy w te wszystkie gorzkie żale, które stawały się słodkie, bo były udziałem każdego z nas. Nad ranem zebrałyśmy nasze rzeczy i wróciłyśmy do niczego, co miałyśmy.

Tej nocy nie spotykamy nikogo ciekawego. Siedzę na piasku i patrzę w wodę, jedno piwo za dużo odkręca mi kraniki w oczach i zanim się obejrzę, szlocham żałośnie. Izka odtańcowuje swój taniec; Kama, co Ty, patrzą, Kama, bo zobaczą, bo zrobisz z nas pośmiewisko, boże, nigdy już się tu nie pojawię, Kama, u-spo-kuj-się. Więc Kama przestaje. Zaczynam płakać do środka, do siebie, do swojego żołądka. Wracamy nad ranem, zmęczone, przetrzeźwiałe, rozmazane, mam piasek w skarpetkach. Nie znalazłyśmy. Nie znalazłam.

A później rozdzwania się mój telefon.


Miniatura literacka –  utwór niewielkich rozmiarów powtarzający w wyraźnym skrócie strukturę i formę obszerniejszych gatunków literackich, np. opowiadania. Nie jest biografią ani reportażem. Zbieżność osób i miejsc jest przypadkowa, a wydarzenia nie musiały mieć naprawdę miejsca. 

Fikcja literacka – właściwość świata przedstawionego polegająca na tym, że jest on tworem niedającym się zweryfikować przez porównanie z rzeczywistością zewnętrzną wobec dzieła. Konstrukcja utworu i jego poszczególne elementy mogą odnosić się do doświadczeń pozaliterackich (przeżyć jednostki, grupy społecznej, historii). Fikcyjność dotyczy zarówno utworów realistycznych, jak i fantastycznych. – źródło

Podobne posty:

Inline
Inline