Książka o bezdomności „Niczyj. Prawdziwe oblicza bezdomności” Ewelina Rubinstein

Mogłabym napisać tutaj sentymentalny wstęp o tym, jak to nie zauważamy bezdomnych, o tym, że każdego z nas może kiedyś spotkać taki los i jakie to przykre. Ale oszczędzę Wam tego, bo też nie przepadam za banałami.

Chcielibyście pogadać z człowiekiem bezdomnym i zapytać dlatego właściwie się nim stał i jak jego życie wyglądało „przed”? Zobaczyć w nich ludzi, jakimi są lub jakimi byli? Może ciekawi Was codzienność tak różna od tej, której sami doświadczacie? A może chcecie sztucznie wprowadzić się w poczucie wdzięczność za to, że akurat wy macie pachnącą pościel i ładnie urządzony salon? Że w ogóle macie salon?

No to ta książka jest dla Was. I na tym mogłabym zakończyć, ale… „Niczyj. Prawdziwe oblicza bezdomności” oprócz oczywistej zalety, jaką są wywiady przeprowadzone z ludźmi, którzy żyją na ulicy jest… bardzo słabe. Jest słabo napisana, po prostu. Nie wiem, jak wygląda książka przed redagowaniem, ale chyba to coś podobnego do „Niczyjego”. Chwilami miałam wrażenie, że to wypracowanie na polski. Zapchajdziury w postaci całkowicie zbędnych opisów miast czy pomników. W dodatku w wielu miejscach cytowane dosłownie. Czy tak trudno było o parafrazę?

Nie wiem, może się czepiam, ale trudno było mi przebrnąć przez tę książkę mimo tego, o jakim temacie traktowała. A jednak, dla zainteresowanych tym zagadnieniem, warto dodać, że już w połowie książki można wychwycić profil psychologiczny osoby bezdomnej. Nie zawsze, oczywiście, jest on taki sam. Nie generalizujmy, bo sama tego nie znoszę, ale wielu z tych ludzi jest do siebie bardzo podobnych pod względem niektórych cech osobowości, światopoglądów czy postaw.

Och, ale zdjęcia. Autorka postanowiła nam maksymalnie przybliżyć codzienność bezdomnych i pokusiła się o robienie im zdjęć. W porządku. Nie rozumiem jednak sensu tego, że zostały one wrzucone losowe do książki. Skoro zainteresowani zgodzili się (w większości) podać swoje nazwiska i sfotografować się, to dlaczego autorka nie włożyła w to trochę więcej wysiłku i nie przypisała historiom zdjęć ich bohaterów?

Zamiast tego mamy coś takiego: Zdjęcie kogoś (nie wiemy kogo) + Jan Kowalski, lat 55, bezdomny od 3 lat (oraz historia i wywiad).

Czy bezdomni okazali się dla autorki tak podobni do siebie, że nie warto było postarać się i do każdej historii dołączyć odpowiedniej fotografii? Kłóci się to trochę z założeniem, jakoby dla autorki stali się prawdziwymi ludźmi ze swoją historią.

Ale zapominając o warsztacie pisarskim i budowie książki, jaki wniosek płynie z tej opowieści?

Pogadajmy czasami z bezdomnymi, którzy nie wydają się groźni. Myślę, że tyle możemy dla nich zrobić – kupić bułkę, oddać niepotrzebną kurtkę, pogadać i zapytać o samopoczucie. Nie trzeba od razu przenosić gór, wystarczy podarować trochę słońca. Ja osobiście właśnie to zamierzam zrobić przy najbliższej okazji.

Inline
Inline