Kategoria

piszę

ale sama przed sobą udajesz, że wcale chujowe nie są, albo – co gorsze – udajesz, że w ogóle nie wiesz, że są chujowe.

Odkąd pamiętam, chciałam samą siebie znać i rozumieć. Niby wszyscy chcemy. Ale ja chciałam rozumieć dokładnie, co do joty, co do przecinka, co do jednej emocji. Pisanie bardzo mi to ułatwia, jest jak obdukcja – niektóre rzeczy rozumiem dopiero, kiedy o nich napiszę. Dopiero po tym, jak je z siebie wykroję na papier. Czasami trzeba mi na to miesięcy i dopiero latem rozumiem siebie, która pisała tamten czy siamten tekst w zimie. Nieważne.

Ważna jest samoświadomość. Świadomość siebie, swoich emocji, uczuć i ich przyczyn. Tak, zdecydowanie najbardziej ciekawiły mnie zawsze przyczyny. Dlaczego czuję to, co czuję i dlaczego, robię to, co robię. Rozkminiałam to bardzo długo, rozkminiam to każdego dnia, ale wiecie co? W którymś momencie dotarłam do ściany. Wiedziałam CO, i wiedziałam DLACZEGO, ale za cholerę nie wiedziałam, co mam z tą wiedzą zrobić. Freud twierdził m.in.,  że uświadomienie pacjentowi jego mechanizmów jest pierwszym krokiem ku zdrowiu.

Okej, zrobiłam pierwszy krok. Ale później już chujnia. Nie mam narzędzi ani warsztatu, który pozwoliłby mi na ingerencje we własne schematy. Nie mogę zapanować nad niektórymi swoimi mechanizmami psychologicznym pomimo tego, że je rozumiem i wiem skąd się wzięły.

W takich momentach wolałabym mniej samą siebie rozumieć. Samoświadomość staje się wtedy obrzydliwa. Bo czy nie łatwiej byłoby być niczego nieświadomą, naiwną i beztroską blondynką? Ale ja czuję się bezsilna, kiedy nie mogę sprawić, by niektóre rzeczy się zmieniły. Tutaj „chcieć to móc” w ogóle nie działa (swoją drogą to działa przede wszystkim u Rycerki Neli na NickJunior).

Myślę, że to może jeszcze nie mój czas. Na poznanie przyczyn samej siebie i wszystkiego, co we mnie, też musiałam poczekać kilka lat – dziś te rzeczy wydają mi się oczywiste, ale jeszcze kilka lat temu bezowocnie i rozpaczliwie ich szukałam.

Dlatego biorę trzy głębokie wdechy, podejmuje kolejną chujową decyzję, wiem, że jest chujowa i niebezpieczna, wiem dlaczego ją podejmuję i… odpuszczam. Jeszcze nie znam sposobów, by temu zapobiec.

Może za jakiś czas powtórzę za moją dobrą znajomą, że widocznie tak miało być?

– Po prostu łatwiej mi go nienawidzić. – odparłam, zalewając nam kawę.

– Łatwiej? – usiadłaś głębiej w fotelu i podciągnęłaś pod siebie nogi.

– Łatwiej niż kochać. Nawet nie wyobrażasz sobie jak trudne jest kochanie takiego człowieka. Jak wyczerpująca jest miłość do niego. Trudniejsza jest tylko obojętność. Ale nienawidzić go? Ulga. Odchodzić, krzyczeć, przypominać mu jego winy i zdrady. Przez chwilę czujesz wtedy do niego tylko niechęć. – mówiłam, dolewając sobie mleka.

– Ale przecież do siebie wracaliście, myślałam że wtedy…

– Och, tak. Byłam w jakiś sposób szczęśliwa, przez chwilę, ale nigdy nie mogłam pozwolić sobie na pełne zaangażowanie. Wiesz, jak mnie później bolały jego zniknięcia? Jego kłamstwa, jego niedotrzymane obietnice? Wracałam, wracaliśmy do siebie, ale ja nigdy nie wierzyłam, że będzie dobrze. Tak na wszelki wypadek, po prostu zabezpieczam się przed ewentualnymi świństwami.  – pociągnęłam pierwszy łyk gorzkiej kawy – to nie prawda, że dawałam mu szansę. Wiedziałam, że to się nie uda. Chciałam tylko przez chwilę być szczęśliwa.

– To po cholerę to wszystko? – zapytałaś, przykładając do ust parujący kubek.

– Nie wiem. Po prosty łatwiej mi go nienawidzić niż kochać. Wtedy nie może mnie zranić. – wzruszyłam ramionami.

– A nie możesz po prostu odejść i ułożyć sobie normalnego życia?

– Daj spokój, przecież mówiłam Ci że najtrudniejsza z tego wszystkiego jest obojętność. Ale – obróciłam się wokół własnej osi – to też mi wychodzi. O której ta impreza?

Inline
Inline