„Piękne kłamstwa” czyli thriller idealny na koniec lata!

 

Najpaskudniejszy sposób na skrzywdzenie książki? Chujowa okładka. Click To Tweet

 

Właśnie dlatego „Piękne kłamstwa” ominęłam przy przedostatniej wizycie w bibliotece. Złapałam za to „Zabójczą prawdę” Lisy Unger. O tej książce pisałam w pierwszym #przeglądzie książkowym i w ładnych rzeczach, bo narracja i główna bohaterka mnie urzekły. 

Do „Pięknych kłamstw” podeszłam sceptycznie. Wszystko mi mówiło, że książka jest tandetna. No słuchajcie, ta okładka, format i nawet tutuł – brrr! Możemy udawać, że nie obchodzi nas okładka, że ważne to, co w środku – ale mózgu nie oszukasz. Pierwsze wrażenie nie jest mitem, ale potwierdzonym badaniami zjawiskiem. Moje pierwsze wrażenie było słabe, ale nazwisko – czy to możliwe, że autorka cholernie dobrej „Zabójczej prawdy” jest też autorką „Pięknych kłamstw”? Dlatego zaczęłam czytać – trochę z przekory.

 

Mamy Nowy Jork, mamy 30-letnią bohaterkę, mamy kłamstwa, mamy thriller.

„Piękne kłamstwa” są opowieścią głównej bohaterki o tym, jak jej jedna, malutka decyzja uruchomiło lawinę. Lawina porwała ją ze spokojnego, poukładanego życia i wrzuciła w paszcze okrutnej rzeczywistości. Zdaje się, że nikt nie mówi prawdy, że nikomu nie może zaufać. Nasza bohaterka się waha. Nie wie, czy warto drążyć, czy warto wywracać świat do góry nogami. Czy nie lepiej byłoby zostać w kokonie pięknych kłamstw, na jakich prawdopodobnie zbudowano jej życie?

„Zaprzeczanie to kapryśna dziwka, prawda? Tak delikatna i wstydliwa, że nie jest w stanie znieść swojego widoku.”

Ridley. Nasza główna bohaterka nazywa się Ridley. Jest dzienniarką, dzieckiem z dobrej rodziny – znacie to? Kochająca, bezpieczna rodzina, miłe wspomnienia, mądre życie. A w tle Nowy Jork. 

Dużo w książce ciekawych spostrzeżeń na temat życia. Nie, nic patetycznego, nic wyświechtanego. Detale. To, co jest niewidzialne, czego na co dzień nie dostrzegamy, a tutaj masz ochotę krzyknąć: „no tak! przecież tak jest!”, „cholera, to prawda!”. Często musiałam się odrywać od akcji, bo chciałam coś przemyśleć, coś zapamiętać, coś przeanalizować.

„Jedziecie autostradą, a osiemnastokołowy tir przez wami wyrzuca kamyk, który uderza w szybę przednią waszego samochodu z zaskakująco głośnym trzaskiem. Kamyk, prawdopodobnie niewiele większy od paznokcia, zostawia maleńskie, prawie niewidoczne draśnięcie. I chociaż z początku ledwie je widać, w końcu rozchodzi się ono jak pajęczyna. To małe draśnięcie powoduje pęknięcia, które zagrażają stabilności całej struktury. W końcu wszystko, co widzicie przez szybę, robi sie złamane i popękane, a kolejne uderzenia, choćby i najmniejsze, może sprawić, że całość posypie się zabójczym, tnącym deszczem. „

Jak już mówiłam na poczatku, cała akcja zaczyna się od szczegółu. I właśnie nad tym zastanawiamy się między stronami – co decyduje o naszym życiu? Duże decyzje jak przyjęcie zaręczyn czy może te małe, malutkie, drobne jak biedronka na Twoim kolanie wybory? Na ile możemy mieć kontrole nad naszym życiem? Puk, puk mózgu, rusz się!

Co ciekawe, bohaterka spoufala się z czytelnikami. Sto lat się z tym nie spotkałam i zrobiło mi się tak miło, wiecie. Od razu przypomniało mi się blogowanie <3 Ridley snuje swoją opowieść z perspektywy czasu (kojarzycie te wszystkie smaczki w stylu „gdybym…ale wtedy jeszcze…”). Och, ja uwielbiam.

Nie czytam romansów. Wiele razy próbowałam, ale naprawdę mi nie wychodzi – nie mogę. Tak, jakbym próbowała jeść pomidory, których nienawidzę. Co innego jednak trudne relacje między ludźmi (rzodkiewka, którą uwielbiam!), czasami coś takiego mi się przyplącze. W „Pięknych kłamstwach” przyplątała się… miłość. Taka, o jakiej byłam w stanie czytać. Ba! Taka, którą zrozumiałam i taka którą chciałabym mieć. Wyobrażacie sobie? Jak gówniara, chciałam być na miejscu bohaterki. Ratunku!

Dawno nie zdarzyło mi się coś takiego. Bum! Urzekła mnie ta książka, naprawdę.

Dzięki Lubimy Czytać dowiedziałam się, że autorka wydała też drugi tom przygód Ridley. No, więc pewnie wiecie, co zamierzam? 😉 No i nie zamierzam nawet spojrzeć na okładkę!