Jak notować na studiach? Subiektywny poradnik

Notowanie na studiach to chyba jeden z pierwszych dylematów pierwszaka – zwłaszcza, jeśli nagle z 45-minutowej, dyktowanej lekcji języka polskiego trafiasz na 2-godzinny wykład, na którym… o czym właściwie była mowa panie Profesorze? 

Nie jestem ekspertem, nie jestem specjalistką, ba! – nie jestem nawet wprawioną studentką. Za mną dopiero I rok studiów, a dokładnie jakieś 20 zjazdów. Wydaje się mało, nie? Studiuję zaocznie – o tym jeszcze napiszę.
  
Nie mniej jednak, w porównaniu z zagubioną blondynką z października, a zagubioną blondynką w czerwcu jest widoczna różnica! Dlatego chciałabym (moja narcystyczna strona teraz wyłazi) przedstawić Wam, jak to się miało i ma z moimi notatkami.
  
Na początku szukałam wskazówek, pytałam znajome studentki jak to robią. W większości przeważały mapy myśli i notatki ręczne. Myślę – czyli tradycyjnie. No i ja sama też tak to zaczęłam ogarniać. Tylko, że wiecie – ja lubię jak jest ładnie. A moje notatki nie były ładne – postanowiłam więc je przepisywać (serio!), stwierdziłam, że będę sobie utrwalać na bieżąco materiał – działało. Szybko poległam. W dodatku sądziłam, że lepiej logistycznie, gdy będę to miała w zeszycie, a nie na luźnych kartkach. Ale ja kocham luźne, czyste kartki! Coś tu nie grało mi. 
  
Mówiłam Wam, że mam fioła na punkcie notatek? Nie tylko tych ze studiów. Chociaż z tymi studyjnymi to choruję na fobię braku. Będzie mi brakowało notatek i obleje. Nie wiem, czy jest nazwa dla takiej fobii.
  
No dobra, jakoś to się toczyło. Bywało, że nie nadążałam. Albo się gubiłam, albo nudziłam – albo wszystko po trochę/na raz. Moje wykłady zazwyczaj trwały 3-4 godziny. No i spróbuj pisać od 8 do 12, ziomek. Ja wymiękłam.
  
Wzięłam raz laptopa. I przepadłam! Z oczywistych przyczyn, na komputerze piszę szybko, praktycznie bez patrzenia na klawiaturę. To było jak odkrycie Ameryki! Dlaczego nie robiłam tego wcześniej? Dlaczego tak dręczyłam samą siebie i znęcałam się nad swoimi paluchami? Bo słuchałam innych.
  
Ale po kolei.
Z biologicznych podstaw zachowania (patrz: Przedmioty na I roku psychologii) dostawaliśmy porządny kawał kserówek wraz z zagadnieniami (następne ćwiczenia zazwyczaj za 2 tygodnie, czasami za tydzień). Zagadnienia trzeba opracować. Jeden temat to 7 – 20 stron w Wordzie. Moim pismem byłoby 55 ręcznie. Plus skreślanie, uzupełnianie, strzałki i chmurki. Nie!
  
Opracowałam tak tylko jeden temat – zajęło mi to tydzień (nie robiłam w tym czasie nic innego na studia). Mozolne, nudne, trudne, serio. No, i później okazało się, ze to opracowywanie tematów to nie dotyczy tylko biologii.
  
Powiem Wam, że kilka razy dobry kolega uratował mi tyłek notatkami. Jakimi? Oczywiście elektronicznymi. Schludne, czytelne, dokładne, ewentualnie można uzupełnić. Zakochałam się!
  
 
 
Nie wyobrażam sobie, by przygotować materiał do nauki na egzamin w sposób „ręczny”. Każde notatki drukowałam, pakowałam w segregator (w swoim czasie, do egzaminu, robiłam z nich skoroszyty). Wszystko sobie kolorowałam, dopisywałam głupoty, by ogarniać skojarzenia. Mapy myśli? Pewnie! Ale już po tym, jak trzymam w ręku i mam przeczytane notatki – jedno nie wyklucza drugiego.
  
Ach, a opracowywanie materiału na zjazdy. Nagle okazało się, że jestem w stanie ogarnąć nawet połowę, jeśli notuję na komputerze. Ręcznie była to 1/3.
  

No, ale mity o notowaniu to mity. Jak było z nimi u mnie? A no tak:

  • Jak piszesz ręcznie to więcej rozumiesz – nie prawda, nie rozumiem więcej, jeśli coś jest popieprzone to ręcznie i elektronicznie jest tak samo popieprzone.
  • Jak piszesz ręcznie to więcej zapamiętasz – ja nie, piszę na kompie, zmieniam fonty, kolory, podkreślenia, dodaje obrazki. Piszę szybko więc mam czas, by dopisać coś więcej – np. swoje skojarzenia, myśli, refleksje.
  • Jak piszesz ręcznie to się nie wyłączasz – no pewnie tak. Ale spróbuj przez 4 godziny się nie wyłączyć… Pogratuluję! Prawda jest jednak taka, że wyłączysz się, ale zapisane będzie.
  
Elektroniczne notatki bardzo łatwo organizować i się nimi dzielić, co dla mnie jest rewelacją. Niby nie jestem perfekcjonistką, ale lubię mieć porządek w ważnych dla mnie rzeczach. Notatki są ważne (patrz akapit o fobii). Dopiero w połowie roku wpadłam na Dysk Google – a dokładnie – na przechowywaniu tam wszystkiego – również książek z chomika. Jakoś nie wierzę swojemu laptopowi. Wybacz kochanie.
  
 
W ten sposób mogłam też dzielić się nimi z zaufanymi osobami (niestety, na studiach, jak się okazało, nie wszystkich można ochrznić tym mianem). Dzięki temu też mogliśmy sobie nawzajem pomagać.
  
No i mnie było też łatwiej o tyle, że będąc gdziekolwiek (np. na placu zabaw) po prostu mogłam odpalić notatki na telefonie, bez noszenia ich ze sobą na boisko.
  
To wszystko nie znaczy, że notatki ręczne są złe! Nie, nie, nie! Są naprawdę słodkie <3 Gdybym potrafiła ładnie i szybko pisać, pewnie bym je robiła. Ale nie robię, nie męczę się i myślę, że warto głośno mówić o tym, że elektroniczne notowanie na studiach też jest fajne! 
  
Zwłaszcza, że po moim „wystąpieniu” z laptopem i podzieleniu się z innymi moimi notatkami, na kolejnych zjazdach zaskakująco dużo osób zaczęło też notować na kompach…
  
PS. Pamiętajcie, że studiuję zaocznie. To zupełnie inny rozkład zajęć.
  • Moja droga była dokładnie taka sama, naprawdę, co do joty! (No, jedyna różnica jest taka, że studiuję dziennie, ale miewałam trzy wykłady pod rząd…)
    Okropnie chciałam mieć super fajne notatki ręczne, ale na drugim roku wybrałam wygodę laptopa i całe szczęście! I też się skusiłam po otrzymaniu super fajnych notatek elektronicznych. Przed sesją sobie sporo bazgram ręcznie, ale na wykładach już tylko klawiaturka i jest cudnie.